Olek J. Kowalski
Pukanie II
Odkurzałem kaplicę.
Czyściłem moją świątynię.
Przyglądałem się różnym jej zakamarkom.
Przestawiałem meble i sprzęty.
Usuwałem pajęczyny strachu przed nowym.
Sprawdzałem uświęcone uwielbieniem Boga instrumenty muzyczne.
Wzruszyłem podstawy zabytkowej sztuki sakralnej.
W końcu dotarłem
do umieszczonych w ścianie
pozłacanych drzwiczek
odbijających swoją zwierciadlaną powierzchnią
obraz świata materialnego…
Delikatnie wytarłem kurze.
Dotknąłem dłonią.
Nieśmiało zapukałem…
Nagle — świat nabrał w płuca więcej powietrza niż zwykle.
W ułamku sekundy ważyły się jego losy.
Przez tę krótką chwilę
niezdecydowani mogli w końcu dokonać wyboru:
Dorośli mogli zapragnąć własnych dzieci,
dzieci mogły wyzbyć się złudzeń;
zwierzęta mogły zakochać się w przyrodzie,
a wody — wyparować do upragnionego nieba.
Gdybyś nie podtrzymał swego Tchnienia,
świat nie powróciłby do zwykłego rytmu.
Gdybyś mi nie wybaczył śmiałości,
w okamgnieniu utraciłbym wolę życia.
Nawet nie wiem,
czy byłbym świadomy
momentu mojego unicestwienia.
Wiem, otarłem się niemal o profanację.
Jesteś tam przecież —
prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.
Nie jedynie wtedy, gdy wierzę i kocham,
lecz — zawsze!
A ja… zapukałem do Ciebie,
tak jak się puka do kolegi,
gdy się chce go wyciągnąć na dwór.
Bo sam chciałeś być mi taki bliski,
że przez Majkę powiedziałeś,
jak mogę się do Ciebie zwracać: Kamoš…
Patrz teraz,
dokąd zaprowadziła mnie ta zuchwałość!
Chwila niepewności minęła
i dałeś z powrotem swój ożywczy Oddech;
nie cofnąłeś
Ręki podtrzymującej wszystko
według Twojej woli.
Dziękuję.