Strona główna

Poezja?

Akt strzelisty
Być nad mieć
Chcę abyś mówiła
Ciemna noc zmyślona
Cóż prócz cynizmu?
Czasami
Do przyjaciół Apologetów (nieśmiały głos zza kotary)
Dolina Zuzanny
Dziękuję
Dziki nurt
Egzystencja
Grządki Hiobowe
Jak mi jest
Kiedy jesteś
Kłodzko powrotów
Kropla
Łudzisz się
Marchewka
Modlitwa
Moja radość
Moje twoje włosy
My
Na koniec Papieskiej Paschy
Na szczycie świata
Nad przepaścią
Nagrywasz mnie
Najskrytsze marzenia
Nie wiem
Oblubienica Wiatru
Okna i widoki
Osiem minut później
Piszę do Ciebie
Pragnienie
Prawda o mnie
Pukanie
Pukanie II
Punkt odniesienia
Pustynia pustki. Nadzieja jak wektor
Słońce na szosie
Spieszy się czas
Szelest nylonowych worków
Śródnocne niebo
Świat moich wspomnień
Taka stara
Teoria względności mądrości
To
Twoja młodość
Wiara w tęczę
Wiecznie nieobecnym być
Wola
Wszystko i nic
Zabijam się
Zaczarowałem owoc
Założyłeś maskę
Zapach zimy
Zasnąć chciałbym
Zimno tu
Znowu cię spotkałem

Kontakt

Google

 

Reklama


Olek J. Kowalski
Pukanie II

Odkurzałem kaplicę.
Czyściłem moją świątynię.
Przyglądałem się różnym jej zakamarkom.
Przestawiałem meble i sprzęty.
Usuwałem pajęczyny strachu przed nowym.
Sprawdzałem uświęcone uwielbieniem Boga instrumenty muzyczne.
Wzruszyłem podstawy zabytkowej sztuki sakralnej.

W końcu dotarłem
do umieszczonych w ścianie
pozłacanych drzwiczek
odbijających swoją zwierciadlaną powierzchnią
obraz świata materialnego…

Delikatnie wytarłem kurze.

Dotknąłem dłonią.

Nieśmiało zapukałem…

Nagle — świat nabrał w płuca więcej powietrza niż zwykle.
W ułamku sekundy ważyły się jego losy.
Przez tę krótką chwilę
niezdecydowani mogli w końcu dokonać wyboru:
Dorośli mogli zapragnąć własnych dzieci,
dzieci mogły wyzbyć się złudzeń;
zwierzęta mogły zakochać się w przyrodzie,
a wody — wyparować do upragnionego nieba.

Gdybyś nie podtrzymał swego Tchnienia,
świat nie powróciłby do zwykłego rytmu.
Gdybyś mi nie wybaczył śmiałości,
w okamgnieniu utraciłbym wolę życia.
Nawet nie wiem,
czy byłbym świadomy
momentu mojego unicestwienia.

Wiem, otarłem się niemal o profanację.
Jesteś tam przecież —
prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.
Nie jedynie wtedy, gdy wierzę i kocham,
lecz — zawsze!

A ja… zapukałem do Ciebie,
tak jak się puka do kolegi,
gdy się chce go wyciągnąć na dwór.
Bo sam chciałeś być mi taki bliski,
że przez Majkę powiedziałeś,
jak mogę się do Ciebie zwracać: Kamoš…

Patrz teraz,
dokąd zaprowadziła mnie ta zuchwałość!

Chwila niepewności minęła
i dałeś z powrotem swój ożywczy Oddech;
nie cofnąłeś
Ręki podtrzymującej wszystko
według Twojej woli.

Dziękuję.

 

Reklamy

© 2001–2008 by Szum.pl