Olek J. Kowalski
Pustynia pustki. Nadzieja jak wektor
Okrucieństwo prześladowanie i złość
zwrócone
rodzą strach i zwątpienie
tak zwane środowisko naturalne
Rozciąga się pustynia pustki
I pośród tego ma wzrastać
zielona roślina
skąd czerpiąca życiodajne soki?
gdzie — przez warstwę pyłu — szukająca światła słońca?
jak czekająca ożywczego deszczu?
Mam przed oczami tylko jedną pustynię
chociaż błędem byłoby ją tak nazwać
albo raczej w niej zabłądzić
Nie przemierzyliśmy jej razem
chociaż słońce zachodziło
na tle staropolskich kominów
Nie przemierzymy jej razem
bo wybrałaś pewność z nim
a nie nadzieję ze mną
Przepraszam
Dlaczego nadzieję zawsze usiłuję
wiązać ze sobą
moim istnieniem moim ciałem?
Czy nadzieja może nas
dajmy na to
w ogóle nie dotyczyć?
Czy nadzieja może być czyjaś
nie — moja?
Ty masz swoją nadzieję
a ja — swoją?
Mamy więc swoje nadzieje…
osobno
Bylibyśmy zatem bogaci
każdy miałby własną prywatną nadzieję
Nie tak, bogacze, nie tak
pusty śmiech
pustynny śmiech
Na bezkresnej pustyni pustki
jest miejsce tylko na jedną
zieloną roślinkę
Oto ona
jest taka niepozorna
a Jest
nadzieją świata
jedyną nadzieją
jedną niepodzielną nadzieją
Jest
zwrócona wzwyż
choć zakorzeniona
Jest
zwrócona jak wektor
który próbujemy sobie naginać pod rozwartym przez nieczystość kątem
Wrocław \ Gajowice, po ciemku —
środa, 18 lutego 2004 r., godz. 0:14